|
|
|
||||||
Domki letniskowe Przyłęk
Oferujemy pokoje 4 os, 35 os.
Nocleg: basen kryty, solarium, od plazy 450m, śniadania, kuchnia, radio, balkon, łóżko łaczone 2 osobowe, centrum rekreacji. Benona Mizura - Wyszonowice 755808669 Tematyka:
| |||||||
|
|
|||||||
|
Å›cianki dziaÅ‚owe suknie Å›lubne stewiaJakie¿ to proste! Rzeczywiscie, czegó¿ ja siê niepokojê! - pomysla³a. - Co mnie to obchodzi? Niech go zabije. Niech go zabije!” - powtórzy³a prawie na g³os i z zaciêta radoscia.
Morawiec szybko zasna³. Z poczatku z³y mia³ sen: rzuca³ siê goraczkowo, szepta³ jakies niedokoñczone s³owa, g³owê mia³ rozpalona, usta szeroko rozchylone ciê¿ko wciaga³y powietrze. Ale powoli jego chrapliwy i przyspieszony oddech stawa³ siê coraz spokojniejszy, wreszcie przeszed³ w równy, odpoczynek dajacy rytm. Jednak ksiadz Siecheñ ciagle jeszcze nie móg³ zdecydowaæ siê na odejscie. Wprawdzie bardzo ju¿ przemarz³, mia³ dreszcze i zmêczenie czu³ coraz wiêksze, ale ilekroæ podnosi³ siê i czyni³ krok w kierunku wyjscia, wydawa³o mu siê, ¿e Morawiec budzi siê. Wraca³ wiêc i choæ zaraz przekonywa³ siê o swojej omy³ce, z powrotem jakby sobie nie dowierza³, siada³ na ziemi. I jedynie pojawiajaca siê od czasu do czasu mysl o Michasiu odrywa³a go od spiacego. Czu³ przecie¿ w sobie spokój, owa ciszê, o która tyle razy siê modli³, lecz która zna³ tak ma³o, i¿ gdy zjawi³a siê, wyda³a mu siê z poczatku czyms bardzo niepewnym, prawie ubogim. Znu¿enie nie pozwala³o mu jednak mysleæ. Ale nie oskar¿y³ siebie, znalaz³ pewna przyjemnosæ w stanie tego trzezwego odrêtwienia. I w pewnej chwili wyda³o mu siê, ¿e to wewnêtrzne milczenie, ta dziwna cisza serca wysuwa ze swojej g³êbi tajemnicze wiêzy i wszystko, cokolwiek na swiecie istnieje, oplatuje i ³aczy tymi znakami. Gdy zamyka³ oczy, szum wiatru odp³ywa³ pod jego powiekami, a w palcach, dotykalna i bliska, ros³a czysta cisza, wie¿a smuk³a i bezszelestna, ogrom pnacy siê ku niebu nieruchomym ob³okiem. Spokój.
Gwa³towne szarpniêcie okiennicy poderwa³o Seweryna na nogi. Wytraconemu tak nagle z leniwego odrêtwienia wydawa³o siê w pierwszej chwili, ¿e ktos piêscia dobija siê do okna. Zawaha³ siê, czy nie powinien wyjrzeæ na dwór i sprawdziæ. Ale gdy podszed³ bli¿ej, nowy ³oskot, który d³ugim dr¿eniem przebieg³ wzd³u¿ sciany, uswiadomi³ mu, ¿e to tylko wiatr.
Rzeczywiscie wichura wzmaga³a siê. Wsród ciemnych nalotów, niby wsród ciagu ogromnych skrzyde³, szum drzew zatacza³ monotonne krêgi, coraz g³êbszymi wirami przenikajac w dygocaca otch³añ. Z odleg³ej czêsci parku dobieg³ krzyk puszczyka. „Noc wo³a!” - usmiechna³ siê Seweryn.
By³o kilka minut po wpó³ do dziesiatej. Zdecydowawszy, ¿e jest ju¿ za pózno na k³adzenie siê, Seweryn na³o¿y³ marynarkê, przeczesa³ starannie przed lustrem w³osy, poprawi³ krawat. „Nie, niczego nie znaæ na mojej twarzy” - upewni³ siê jeszcze raz. Ale ledwie to pomysla³, ogarniajac siebie jednoczesnie uwa¿nym spojrzeniem, uderzy³ go we w³asnych oczach zimny blask, ch³ód, którego nie zna³, a doko³a ust grymas, który zrobi³ na nim wra¿enie obcego. Usmiechna³ siê odruchowo, jak gdyby chcia³ z siebie zetrzeæ tê obcosæ. Jednak grymas nie tylko nie znikna³, lecz jeszcze g³êbsza linia wessa³ siê w rozchylone wargi, nadajac im wbrew pozorom niefrasobliwego przegiêcia wyraz okrutnej po¿adliwosci. Seweryn szybko siê odwróci³. „Ciekawy jestem - pomysla³ - czy to w³asnie to zauwa¿y³ we mnie ten ksiê¿owy smarkacz? Có¿ za g³upstwa! A rêce? Prawda, to znowu ten pijaczyna cos wygadywa³...” Podniós³ wolnym ruchem swoje d³onie do swiat³a: by³y smuk³e, silne, choæ delikatne. Któ¿ to mówi³ mu ostatnio, ¿e sa tak piêkne? Od razu przypomnia³ sobie pewna m³oda aktorkê, z nocnego lokalu na Montmartrze, ma³a Zizi, która nad ranem, pijana, gdy dansing pustosza³, przysiad³a siê do niego i jak pisklê, przytuliwszy mu siê do ramienia swoimi ledwie rozwiniêtymi piersiami, zaczê³a ca³owaæ go po rêkach, i prosiæ, aby choæ na jeden dzieñ zabra³ ja z soba. Obiecywa³a, ¿e nazajutrz sama pójdzie, nie bêdzie potrzebowa³ jej wyrzucaæ. Chcia³a choæ przez kilka godzin nie czuæ samotnosci. Podoba³a mu siê. Odmówi³ jednak szorstko i brutalnie, w sposób, w jaki mo¿emy odpêdzaæ tylko tych, o których wiemy, ¿e im na nas zale¿y. Gdy odchodzi³a zupe³nie ju¿ trzezwa, jej okrag³e, du¿e ciemne oczy by³y pe³ne ³ez. Gryz³a wargi, ¿eby nie rozp³akaæ siê na g³os. W kilka dni pózniej, nie wiedzac, co zrobiæ z wieczorem, zaszed³ do tego samego lokalu i spyta³ o Zizi. Okaza³o siê, ¿e nie ¿yje. W³asnie poprzedniego dnia umar³a w szpitalu: otru³a siê weronalem. Jednoczesnie z tym wspomnieniem zadzwiêcza³a Sewerynowi w uszach melodia, która tego drugiego wieczora gra³a kilka razy orkiestra. By³a to piosenka z filmu „14 lipiec”, walc smutny i spokojny, czêsto niesiony monotonnymi dzwiêkami katarynek po waskich i krêtych uliczkach, pod niebem pogodnym i zasnutym zwolnionymi dymami. Przyæmiono swiat³a, niesmia³a smuga reflektora rozpyla³a na parkiecie srebrzysta niebieskosæ, pary st³oczone jedna przy drugiej ko³ysa³y siê równo i ³agodnie, jak gdyby zaklête na krótka chwilê lunatycznym snem. Od strony baru dobiega³ brzêk szklanek. Seweryn tañczy³ z jedna z miejscowych dziewczyn. Zarzuciwszy mu ramiona na szyjê, nuci³a pó³g³osem piosenkê. „Zna³as ma³a Zizi?” - spyta³. Oczywiscie zna³a. „Biedna!” - powiedzia³a z akcentem tkliwosci w g³osie. Seweryn chcia³ siê dowiedzieæ, dlaczego pope³ni³a samobójstwo. Wzruszy³a tylko ramionami: „Czy¿ to mo¿na wiedzieæ dlaczego? Tego nigdy siê nie wie.” „Kocha³a siê w kim?” - bada³. „Nie, chyba nie - odpowiedzia³a. - To by³a porzadna dziewczyna, na pewno nie mia³a jeszcze kochanka. Mog³abym przysiac, ¿e szuka³a idea³u. A to niedobrze - zakoñczy³a z ¿a³obna powaga. - Tego mo¿na pragnaæ, ale nie trzeba szukaæ...”
„Niczego siê nie szuka - pomysla³ Seweryn - wszystko siê znajduje...” Podszed³ do drzwi i chwilê nas³uchiwa³: ¿aden odg³os nie maci³ w tej stronie ciszy. A wiêc! Wyja³ z szafy ciep³a kurtkê, w³o¿y³ na siebie, wzia³ czapkê, potem z biurka rewolwer i wsadzi³ go do kieszeni. Nagle pomysla³: „W³asciwie, dlaczego ja to wszystko robiê? Po co?” I w tej chwili zda³ sobie sprawê, ¿e powody, które dotychczas wydawa³y mu siê niezwyk³ej wagi, sa w rzeczywistosci sztuczne i nieprawdziwe. Nawrocki? Có¿ mu z tej strony grozi³o? Co wskazywa³o, aby posterunkowy zamierza³ opowiadaæ komukolwiek historiê z Burakiem? Z ca³a pewnoscia wystarczy³o mu, ¿e sam wie. Zatem?
Seweryn z nerwowym pospiechem zacza³ zapinaæ kurtkê. Czu³, ¿e ani chwili d³u¿ej nie wytrzyma w pokoju. Mia³ wra¿enie, jakby siê dusi³. Ale w ciagu paru sekund, których potrzebowa³, aby dojsæ do drzwi, ogarna³ go nagle tak straszliwy niepokój, i¿ uderzony nim zachwia³ siê i ¿eby nie upasæ, musia³ oprzeæ siê o stojace obok krzes³o. W tym momencie straci³ swiadomosæ. Ockna³ siê nie pamiêtajac zupe³nie, co siê z nim dzia³o. Sta³ ciagle w tym samym miejscu, wsparty o krzes³o, którego porêczy uczepi³ siê kurczowym chwytem palców, i chocia¿ ostry kant drzewa bolesnie wpi³ mu siê w cia³o, ba³ siê opusciæ d³oñ. Szum w g³owie parali¿owa³ w nim energiê. Brakowa³o mu powietrza, przymkna³ wiêc oczy, stara³ siê równo oddychaæ. Powoli przychodzi³ do siebie. By³ pewny, ¿e od chwili, w której utraci³ przytomnosæ, up³ynê³o bardzo wiele czasu. Ale gdy spojrza³ na zegarek, przekona³ siê, ¿e wszystko to nie trwa³o nawet ca³ej minuty. „Po prostu zawrót g³owy” - wyt³umaczy³ sobie. Otrzasna³ siê, jakby wyszed³ z zimnej kapieli. „No, dosyæ tego!” - zdecydowa³. Zgasi³ swiat³o i znalaz³szy siê na korytarzu zamkna³ za soba drzwi na klucz. Drogê zna³ dobrze, móg³ swobodnie poruszaæ siê po ciemku. Musia³ zreszta przebyæ tylko kilka kroków, aby znalezæ siê przy drzwiach wychodzacych na ogród. Klucz wisia³ na scianie, mia³ jednak przy sobie drugi zapasowy.
Noc otoczy³a go ciemnoscia i ch³odem. Wiatr szarpa³ mrokiem, k³êby zesch³ych lisci jak rzêsisty deszcz szumia³y.
Chcac uniknaæ spotkania z nocnym stró¿em, Seweryn zaraz z ganku skrêci³ w boczna alejê, aby okra¿ywszy doko³a park dotrzeæ do ma³ej furtki przez nikogo obecnie nie u¿ywanej, a wychodzacej na rozdro¿e u koñca wsi. Podniós³ ko³nierz i ruszy³ szybkim krokiem.
Z poczatku aleja bieg³a wzd³u¿ brzegów Zelwianki. By³a to droga zawsze mroczna i wilgotna, wydana mimo gêstego i wysokiego zadrzewienia na najporywistsze wiatry od pól i ³ak. Teraz ciemnosæ tu le¿a³a nieprzenikniona, a d³ugi rzad klonów, odartych z lisci i bitych sprzecznymi podmuchami, zdawa³ siê coraz s³abiej broniæ przed tym naporem. Chwilami, jak tama przerwana, za³amywa³ siê i wtedy czarne potoki, spienione i gwa³towne, rozdziera³y noc od ziemi do nieba. Chcac jak najprêdzej przebyæ ten odcinek, Seweryn zacza³ biec. Wiatr uderza³ go w piersi, bi³ po plecach, smaga³ twarz. „Ju¿ niedaleko!” - doda³ sobie odwagi. Rzeczywiscie alejê zamyka³ wkrótce nag³y spadek terenu poros³ego niskimi, gêsto poplatanymi krzakami: poczatek mokrade³ wybiegajacych ju¿ poza obrêb parku. Trzeba by³o teraz skrêciæ na lewo, sz³o siê waska scie¿ka, zle utrzymana, ginaca raz po raz wsród gaszczów.
Ale za to bliskosæ muru os³abia³a si³ê wiatru. Doszed³szy do furtki, Seweryn musia³ chwilê poraæ siê z zardzewia³ym zamkiem. Rzadko otwierane drzwi nie³atwo dawa³y siê pokonaæ. Wreszcie po d³u¿szych zabiegach ¿elazna, ciê¿ka p³yta ustapi³a.
Szosa by³a pusta, chaty ju¿ ciemne. Cisza, nawet psy nie ujada³y. Mimo to Seweryn zdawa³ sobie sprawê, ¿e czeka go teraz najtrudniejszy odcinek drogi. Gdyby go ktokolwiek zauwa¿y³... Mia³ jednak wewnêtrzna pewnosæ, ¿e tego uniknie. By³ spokojny. Przyspieszy³ tylko kroku, bowiem zaledwie kwadrans dzieli³ go od dziesiatej. Gdy mina³ zamkniêty szynk Litowki, a potem nieczynny m³yn, poczu³, ¿e ¿adne teraz przeszkody nie moga mu ju¿ przeszkodziæ. Skrêcajac miêdzy op³otki prowadzace do domu Nawrockiego, odbezpieczy³ rewolwer. Wiatr przycich³ na chwilê. Wilgotny zapach ³ak uderzy³ w nozdrza. Gdzies w pobli¿u zaskowycza³ pies, ale zaraz umilk³.
Ju¿ z daleka Seweryn zobaczy³, ¿e w pokoju Nawrockiego pali siê swiat³o Anna nie s³ysza³a skrzypniêcia drzwi. Mimo kilku godzin snu czu³a teraz wiêksze znu¿enie ni¿ z rana po zle przespanej nocy. Obudzi³a siê o wczesnym zmierzchu. Z poczatku, zaskoczona pe³nym, porywistym szumem wiatru, ujrzawszy w g³êbi za oknem zarys p³ota i drzewo o czarnych, gnacych siê ga³êziach, nie mog³a zorientowaæ siê, gdzie siê znajduje. Nie zda¿y³a siê jeszcze przyzwyczaiæ do tej du¿ej, obcej izby tak ró¿nej od pokoju, który ostatnio zamieszkiwa³a. Gdy o podobnej godzinie budzi³a siê w Warszawie, widzia³a przez zmêtnia³a szybê ¿a³osnie obwis³a rynnê, dalej obdrapana scianê pe³na jakichs niepotrzebnych gzymsów i ozdób, wat³ych balkoników i okien przybranych wiotkimi firankami, jeszcze wy¿ej czarny, wilgotny, gêsto po³atany dach, smêtne dymniki uwik³ane w pajêczynowe nitki drutów radiowych, a nad tym wszystkim doskonale zharmonizowany z ca³oscia, w bezruchu zastyg³y, jakby ze starej ilustracji wyciêty p³at nieba. Gdy nadchodzi³ przedwczesny zmierzch brzydkich dni, a drobny deszczyk zacina³ z ukosa, wówczas dymniki szamota³y siê apatycznie, potem z rosnacym mrokiem zapada³ ospa³y spokój, tylko wiatr uwiêziony pomiêdzy murami be³kota³ ptrzyt³umionym oddechem.
Tak w ciagu wielu miesiêcy z¿y³a siê z tym obrazem, ¿e nim zda¿y³a teraz podniesæ powieki, by³a pewna, ¿e taki w³asnie widok narzuci siê jej oczom. Pomysla³a, ¿e bêdzie musia³a zaraz ubraæ siê i wyjsæ na ulicê. Zaczê³a siê nawet zastanawiaæ, czy nie powinna zmieniæ dzielnicy. Mo¿e jeszcze raz spróbowaæ sródmiescia? Mo¿e... Westchnê³a ciê¿ko. Gdyby¿ mo¿na by³o schroniæ siê przed tym wszystkim w sen d³ugi i twardy!
Ale kiedy po chwili zda³a sobie sprawê, ¿e nie jest ju¿ w Warszawie - nie odczu³a ulgi. Dochodzi³a piata. Za godzinê - obliczy³a szybko - powinien przyjsæ kierownik poczty. Znowu bêdzie klaæ dogorywajaca ¿onê... Usiad³a na ³ó¿ku, wsunê³a stopy w rozdeptane pantofle. W pokoju by³o zimno, powietrze przesiakniête wilgocia czyni³o ch³ód obslizg³ym i lepkim. Dr¿ac narzuci³a szlafrok, pamiêtajacy jeszcze lepsze czasy, i podesz³a do toalety.
Spojrzawszy w lustro wzdrygnê³a siê. Nie mog³a patrzeæ na siebie bez wstrêtu i przestrachu. Ostatnich kilka lat zmieni³o ja zupe³nie. Czasami mia³a wra¿enie, ¿e ka¿dy dzieñ, ka¿da noc posuwaja naprzód dzie³o zniszczenia. Nieraz, budzac siê z rana, zrywa³a siê pospiesznie z ³ó¿ka i jeszcze oczy majac zaklejone od snu bieg³a do lustra. Starosæ, nie, to nie o nia chodzi³o. Niedawno przekroczy³a wprawdzie czterdziestkê, ale nie wyglada³a na wiêcej lat. Zmienia³ siê tylko wyraz jej twarzy. Zarys policzków niegdys tak delikatny uleg³ trywialnemu zniekszta³ceniu, usta uk³ada³y siê w przykry, wyuzdany grymas, oczy straci³y wilgotny, miêkki po³ysk. Anna czu³a, ¿e mo¿e teraz pociagaæ tylko natury chore i instynkty znieprawione. Ruchy, g³os, spojrzenia, wszystko w niej obiecywa³o rozpustê. Ile te¿ razy w oczach zaczepionych mê¿czyzn wyczyta³a nietajony odruch niechêci i pogardy. Ile brutalnych s³ów uderzy³o ja po twarzy. Brali ja ci, których twarze by³y napiêtnowane tymi samymi znakami, co i ona. Pêka³y wobec niej wszelkie hamulce, opada³y maski, rwa³a siê w strzêpy uk³adnosæ, brudny k³ab ciemnych po¿adañ wycieka³ z obna¿onych cia³, jak ropa p³ynaca z odkrytej rany, oplatywa³ ja swymi mackami, ch³ona³ i ssa³. Czasami przecie¿ znajdowa³a nieomal zadowolenie w tym ca³kowitym i ostatecznym upadku. Czegó¿ mo¿e od ¿ycia ¿adaæ kobieta, od której nikt prócz krótkiej, nêdznie op³aconej chwili rozkoszy niczego nie ¿ada³? Nic siê ju¿ staæ nie mo¿e. Zanurzyæ siê wiêc w tê otch³añ, dosiêgnaæ samego dna... Z pewnoscia tê w³asnie zgodê na wszystko wyczyta³ w jej oczach Litowka, gdy bawiac przed tygodniem w Warszawie spotka³ Annê na ulicy.
Zdziwi³a siê, ¿e ja pozna³. Nie widzieli siê bowiem od dziesiêciu przynajmniej lat. Stare dzieje ich ³aczy³y. Anna ¿y³a wówczas z Morawcem, stawiajacym pierwsze dopiero kroki na terenie stolicy. Roman by³ m³odszy od niej, mia³ dwadziescia kilka lat, podoba³ siê jej. Pociaga³ zuchwa³oscia, mocnym cia³em, energia i tym nieuchwytnym b³yskiem w oczach, który raz wydawa³ siê cierpieniem, a kiedy indziej okrucieñstwem. Niewiele wiedzia³a o jego przesz³osci, prawdopodobnie burzliwej. Nie zwierza³ siê. Bêdac szczerym, umia³ jednoczesnie byæ skrytym. Czym obecnie zajmowa³ siê - to oczywiscie wiedzia³a. Ale to jej nie przeszkadza³o. Wierzy³a, ¿e nie potknie siê. Pieniêdzy mia³ zawsze pod dostatkiem. Mia³a wiêc spokój, nie potrzebowa³a chodziæ po ulicy. W tym w³asnie czasie zacza³ organizowaæ pierwsza swoja bandê. Pewnego dnia przyprowadzi³ nowego kompana. By³ to Litowka. Przez kilka miesiêcy chodzili na roboty razem i z kilku jeszcze innymi. Wkrótce jednak skoñczy³o siê to wszystko. Po jakiejs grubszej, krwawo zakoñczonej historii, banda Morawca rozpad³a siê. Paru ch³opców wpad³o, dostali po kilkanascie lat ciê¿kiego wiêzienia. O Romanie s³uch przepad³, znikna³ równie¿ Litowka.
Spotka³a go teraz dopiero. Dowiedzia³a siê, ¿e Morawca od lat ju¿ nie widzia³ i w ogóle od dawna, zaraz po tamtej awanturze, skoñczy³ z podobnymi sprawami. Nie mia³ ochoty - wyzna³ - powêdrowaæ na szubienicê albo zginaæ w wiêzieniu. Nie ka¿dy ma szczêscie Morawca. Zreszta i jego szczêscie mo¿e pewnego piêknego dnia prysnaæ jak ³upinka. Osiedli³ siê wiêc na kresach wschodnich. Za pieniadze, które mu przypad³y z podzia³u, wybudowa³ domek i urzadzi³ sklep z wyszynkiem.
Zadowolony by³ ze spotkania. Zaproponowa³ kolacjê. Wstapili razem do baru. Ciagle opowiada³ o sobie. Ale Anna wiedzia³a, ¿e szybko zda³ sobie sprawê z sytuacji, w jakiej siê znajdowa³a. Nie potrzebowa³ pytaæ. By³a ubrana zle, z tandetna jaskrawoscia, wyglada³a niezdrowo; chciwie, choæ stara³a siê panowaæ nad ruchami, rzuci³a siê na gorace jedzenie. Gdy zaproponowa³ jej wyjazd do Sedelnik w wiadomym celu, zgodzi³a siê bez wahania. Nie mia³a nic do stracenia. W Warszawie czeka³ ja tylko g³ód, a w niedalekiej przysz³osci szpital lub ¿ebranina pod koscio³em. Ludzie? Uwa¿a³a, ¿e wszêdzie sa ci sami, jednakowo zli. Wola³a wiêc o tym nie mysleæ, cieszyæ siê raczej, ¿e znajdzie siê na wsi. W pewnym momencie, gdy wyobrazi³a sobie pola i lasy, krajobraz od tylu lat nie widziany, od¿y³y w niej bolesnym szarpniêciem najdawniejsze, rzadko budzace siê wspomnienia. Wychyna³ z mroku czasu dzieñ wycieczki za miasto: niebo pogodne, zapach jasminów, droga ocieniona roz³o¿ystymi kasztanami, ujadanie psów... Ale zanim posród tych migawkowych obrazów zda¿y³a zarysowaæ siê smiejaca twarz Paw³a Siechenia, Anna wsta³a szybko i spyta³a Litowkê: zatañczymy? W jego ciê¿kich ramionach, pod goracym, wódka przepojonym oddechem, znik³y oczy i usta, których wola³a z odleg³osci lat nie wywo³ywaæ.
Zabawili w lokalu do póznego wieczora. Potem, po nocy, która da³a Annie przedsmak tego, co ja czeka w Sedelnikach, wyjechali.
Wies powita³a ja wichura i deszczem | |||||||